download (3)

Dziś napiszę o moim subiektywnym poglądzie na ubieranie dzieci tak samo. Bo jestem na NIE.

Oczywiście rodzice każdego dziecka mają swoje rację, poniżej moją subiektywna opinia.

Patrząc na moje trojaczki stałe myślę, że dzieciaki mają bardzo utrudniony start w życie. Jest ich wszędzie dużo, ciężko się przebić z własną opinia, ciągle muszą się wszystkim dzielić, nigdy nie mają naszej uwagi w 100%, nie mają chwili samotności.

Staram się bardzo i często myślę o trudności jaką jest i będzie rozwijanie ich indywidualnych zainteresowań czy talentów. Tak więc ciągle pytam i próbuje szanować ich wolę. Jak oglądamy bajki to trzy różne – Emi lubi Truskaweczkę, Nina Barbie, Dominik Auta (aktualne tylko dziś, jutro się zmieni). Choć misie dostają te same Emma kocha najbardziej psa Brunona, Ninka kotka a Domi Shreka. Nina chce zawsze dwa kucyki, a Emma tylko jeden. Książeczki na dobranoc też każdy może wybrać jedną ulubioną. W tygodniu nie jemy śniadań w domu, więc w weekend zdarza się, że każde dziecko je co innego, bo akurat na to ma ochotę, a ja z przyjemnością im to przyrządzam, wierząc, że doceni ą moje starania.

Mimo, że chowane w kupię, mają bardzo różne charaktery, różnią się wszystkim, od smaku ulubionego jogurtu po preferencje spania, czy miejsca na kanapie. Nie wiem jak mogłabym w ogóle wpaść na pomysł, żeby ubierać je tak samo. Wiadomo, że czasem się zdarza tak, niestety zwykle z braku czasu, że ubieram je podobnie. Jak już wymyśle jakieś fajne połączenie ciuchów to go kopiuję, łatwiej jest mi wybrać podobny zestaw. Szczególnie, że staram się bardzo nikogo nie faworyzować i jak kupuję coś nowego, to każdemu. I tak w niektórych sklepach rzeczy bywają takie same tylko w innym kolorze.

Początkowo myślałam też, że może dziewczynkom będzie przykro, że uznają, że jedna sukienka jest ładniejsza od drugiej i będzie płacz. Zauważyłam jednak, że przez to, że jak tylko miałam czas to pozwalałam im wybrać (żeby nie było że ubierają się jak chcą wybór jest prosty – chcesz dziś ubrać te niebieskie spodnie czy ta czarna spódniczkę?), wyrobił im się jako taki własny gust. Teraz jak mamy więcej czasu albo jak w weekend siedzimy w domu, czy jak były chore – proszą mnie o założenie konkretnej rzeczy. Nieśmiało przypisuje sobie ta zasługę. Tłumaczenie, że coś do czego nie pasuje też już zaczyna przynosić efekty. Ostatnio jak Nina się oblała woda i kazałam jej przebrać rajstopy przyniosła jedne i spytała – Mamusiu, czy te fioletowe pasują do mojej sukienki?

Moje dziewczynki bardzo nie lubią jak myli się ich imiona. Często słyszałam jak do kogoś mówiły “Ja nie jestem Nina! Mam na imię Emma!”

Wiem, że rodzicom jednojajowych bliźniaków wydaje się, że reszta świata też widzi różnice pomiędzy ich dziećmi. Niestety tak nie jest, co powoduje (byłam tego świadkiem bo w każdym już przedszkolu do którego chodziły dzieci były takie parki) że taką słodka dwójeczka “przebrana” w identyczne ubrania, kucyk w ta sama stronę, te same minki – postrzegana jest przez otoczenie jako “one/oni/bliźniaki”. Sama często słyszałam, jak Panie w przedszkolu coś sobie o dzieciach przekazywały, na przykład – Trojaczki nie śpią, podczas gdy nie śpi tylko Emma, czasem Nina, no ale wiadomo, łatwo uogólnić. Dominik w takim podsumowaniu w ogóle się nie liczy, jest pominięty.

Na razie są to szczegóły, może dla kogoś nieistotne, wiadomo, dzieci takie słodkie, Babcia lubi jak tak samo ubrane, komu to szkodzi. Same nie lubimy jak koleżanka ma ubrane to samo, więc czemu robimy to naszym dzieciom? Czy ktoś się zastanowił jak to jest patrzeć przez kilkanaście pierwszych lat na osobę, która wygląda dokładnie tak jak my i ciągle być z nią mylona? Ciągle być w sytuacji że nawet osoby z którymi mamy często styczność nie są pewne jak mamy na imię?

Gdyby od początku rozróżniać dzieci i pozwalać im na indywidualny styl może byłoby wiadomo, że jedna z dziewczynek lubi spódniczki a druga spodnie, więc ta w spodniach to Kasia, a ta druga to Asia? Gdyby jedna miała grzywkę a druga nie?

Wiem, że z naszej perspektywy wiecznie żyjących w obawie rodziców myślenie, że nasze dzieci są bardzo że sobą związane jest pokrzepiające. Jak nas zabraknie – będą miały siebie. Pamiętajmy jednak że nikt za nich życia nie przeżyję. Każde osobno musi zdobyć wykształcenie, zawód, przyjaciół, w końcu założyć rodzinę. Jeśli dodatkowo będzie temu towarzyszyło wsparcie rodziny – wspaniale. Jednakże trzeba od początku stać na własnych dwóch nogach, być samodzielnym.

Mam znajomą która jest bliźniaczką. Opowiadała mi o traumie z dzieciństwa. Matka bardzo długo ubierała je tak samo, w końcu dziewczynki chowały ciuchy do plecaka i przebierały się jak już wyszły z domu. Jak jej siostra chciała grać na pianinie, mama zmuszała je do tego obie, nie bacząc na to, że ta druga w ogóle nie ma talentu. Jedna bala się wody, a druga kochała pływać – obie, mimo strachu i niechęci zmuszane były do lekcji pływania. W końcu mówiła, że jako nastolatką musiała przejść terapie, żeby nauczyć się żyć jako jedna, odrębną osobą. Ten bardzo drastyczny przykład daje do myślenia.

Wiem, że czasami jest nam po prostu tak łatwiej, żeby dzieci chorowały wspólnie, żeby razem w tym samym momencie zasypiały, rysowały i kończyły obiad. Ale przecież są innymi ludźmi! Nie możemy od nich oczekiwać tego samego. Pozwólmy naszym dzieciom być sobą, od najmłodszych lat podkreślając, że są jedyne w swoim rodzaju.

 

Written by calareszta.pl