rodzina

Żyję w bardzo tradycyjnej rodzinie. Mam męża, troje dzieci, których urodzenie zaplanowałam. Ale taki model rodziny, choć wciąż najpopularniejszy, ustępuje miejsca… po prostu rodzinie. Bo rodzina jest tam, gdzie jest dziecko i rodzic, gdzie jest miłość rodzicielska i to dziecko ma kogoś, kogo może nazywać rodzicem. I wcale nie tylko wtedy, kiedy na tą rodzinę składa się mama i tata.

Znam i samotne matki i samotnego ojca. To też rodzina, choć niepełna. I mimo tego, że zgadzam się z poglądem, że dzieciom potrzeba obojga rodziców, że dziecko powinno mieć i mamę, i tatę, tak podziwiam samotnych rodziców, którzy ciągną to trudne zadanie w pojedynkę. Niektórzy nie mieli wyboru, los zadecydował za nich. Ale dostaję wiele historii toksycznych związków, w których ludzie tkwią latami „dla dzieci”. Nie odchodzą, nie śnią o szukaniu szczęścia, pomimo braku miłości, bliskości, jakichkolwiek emocji, wolą, aby dzieci miały namiastkę tego tradycyjnego domu.

Nie potrafiłabym tak. Swoim dzieciom chcę pokazać też związek. Związek ludzi, którzy się kochają, szanują, są blisko, nie tylko po to, aby wspólnie spłacać ratę kredytu i dzielić się kolejnością chodzenia na wywiadówki i masą obowiązków. Dzieci doskonale wyczuwają emocje, ich nie da się oszukać, a miłości udawać. Chcę też dzieciom pokazać, że osobiste szczęście jest ważne i nie można z niego rezygnować czyimś kosztem. Nawet kosztem dzieci. Gdyby moje małżeństwo się sypało, nie potrafiłabym tego ciągnąć dla dzieci. Nie potrafiłabym ich oszukiwać. Bo przecież to, że na całe życie dzieci nas łączą, to fakt. Kiedy patrzę na syna, widzę jego ojca. On pewnie podobnie czuje, patrząc na córki. I tego nic nie zmieni, cokolwiek stałoby się między nami.

Poznałam w ostatnim czasie mnóstwo rodzin. W tych rodzinach rodzic bywa nie tylko z gatunku tych tradycyjnych. Samotne matki, dwie matki, matka i babcia, ale też bardzo wiele par, którym nie wyszło. Nie udało się wspólne życie, skończyła się miłość, ale zostało dziecko, którego dobro jest nadal dla tych ludzi ważne.

Rodzinny piknik ze szkoły. Naprzeciwko siedzi pięcioletnia przyjaciółka mojej córki. Po prawej mama, po lewej tata. Koło mamy siedzi jej nowy mąż, na kolanach z maleńką, przyrodnią siostrą. Obok ojczyma siedzi jego syn z poprzedniego małżeństwa. Dziewczynka mówi o nim brat, choć nie łączą ich więzy krwi. Koło taty siedzi jego nowa partnerka, w zaawansowanej ciąży. Ci wszyscy ludzie przyszli na ten piknik, bo sprawują dzieloną opiekę nad tym dzieckiem. Dla nich wszystkich jej los jest ważny. To ich córeczka, choć przyszywana, choć ma rodzoną mamę i ojca, ma też drugą mamę, przybraną, ma drugiego tatę, rodzeństwo, z którym dzieli rodziców i rodzeństwo, z którym dzieli opiekunów. I ma dwa domy. Oba ważne, ukochane, oba określa mianem „mój dom”. Mój dom u mamy, mój dom u taty.

Rodzina patchworkowa, rodzina sklejana, samotni rodzice, dziadkowie. Nie jest gorsza, te dzieci nie są wcale „biedne”, pokrzywdzone. Może bywa im smutno, może bywa im przykro, może mają początkowo żal do rodziców, może są zagubione, dopóki ta rodzinna konfiguracja się nie ustali. To proces wymagający ogromnego zaangażowania. I ja to zaangażowanie podziwiam. Zaangażowanie i wysiłek w stworzenie zrekonstruowanej rodziny, w której, choć skończyła się miłość mamy i taty, miłość do dziecka trwa i sprawia, że trzeba się pogodzić, schować wzajemny żal, trzeba się postarać i wypracować kompromis. Jaka szkoda, że często go brakuje. W końcu to dziecko nigdy nie będzie tylko moje, a zawsze nasze.

Decyzja o rozwodzie nigdy nie jest łatwa, choć statystyki pokazują, że w naszych czasach na pewno prostsza niż kiedyś, bo rozwodów jest więcej. I to nie jest decyzja wynikająca z egoizmu. Paradoksalnie dużo łatwiej jest tkwić w bagnie i tłumaczyć się, że to dla dzieci, że samemu się przecież nie da, często łatwiej jest szukać wymówek, wierzyć w to, że już nic lepszego nas nie czeka. Życie jest jedno. Rozstaniem wcale nie trzeba zniszczyć nikomu życia. Tkwieniem w toksycznym związku można za to zniszczyć życie własne i zaburzyć postrzeganie związków przez dzieci, szczególnie, kiedy w domu panuje agresja, nienawiść, wyzwiska, przemoc. Lepiej odejść, choć na pewno na początku nie będzie łatwo i przyjemnie.

Czego rodzice uczą przyjaciółkę mojej córki? Odpowiedzialności. Za nią, za jej szczęście, ale i za swoje. Bo każdy człowiek chce być kochany. Związek, małżeństwo, wspólne życie, nie muszą być cierpieniem i wyzwaniem. Będą rany, będą blizny, ale kiedyś wyjdzie słońce. Trzeba umieć przyznać się do porażki, przecież nikt z nas nie ma monopolu na wieczną miłość i zgodę. Możemy natomiast ze wszystkich sił starać się załatać naszą rodzinę i stworzyć nowy układ. Dojrzały związek odpowiedzialnych osób, których kiedyś łączyła miłość.

Napisałam ten post z dedykacją. Trzymam kciuki za każdego, kto próbuje być szczęśliwy i uszczęśliwiać swoją rodzinę, nawet jeśli nie jest ona tradycyjna. Życzę dużo siły na odpieranie ataków „życzliwych”, zwykle tradycjonalistów, którzy wiedzą lepiej, co dla Ciebie, Twojej rodziny i Twojego dziecka jest najlepsze. I przede wszystkim wytrwałości w odbudowaniu relacji, które się z czasem, jak szkło, potłukły. Podziwiam każdą rodzinę, której członkowie są szczęśliwi. Zupełnie nieistotna jest dla mnie jej konfiguracja.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!

 

Written by calareszta.pl