musisz

Wchodziłam dzisiaj na siłownię i kątem oka zauważyłam…

tę dziewczynę. Pomachałyśmy sobie na powitanie i poszłyśmy każda na swoje zajęcia. Znam ją, choć tylko z widzenia, nie da się jej zapomnieć. Jest łysa. Nie, nie jest łysa, bo podoba jej się taka fryzura. Nie jest łysa z wyboru. Jest łysa, bo jest chora. Zawsze ćwiczy w pierwszym rzędzie. W tym rzędzie dla twardzielek. Kiedy instruktor daje wybór, ona zawsze bierze trudniejszą opcję. Ma piękne ciało. Nie chude, zagłodzone czy wycieńczone. Wysportowane. Zarysowane pięknie łydki, biceps, umięśniony brzuch. I najpiękniejszy uśmiech. Zawsze ćwicząc nie mogę od niej oderwać oczu. Kiedy ja daję sobie małe ulgi, ona daje z siebie wszystko. Kiedy mnie się już nie chce i zatrzymuję się, piję, wzdycham i patrzę na zegarek myśląc „długo jeszcze”, ona dalej skacze. Jest jedną z tych, które zawsze dają się zachęcić do motywacyjnych okrzyków, klaskania i piątki na koniec zajęć.

Nie wiem co ją motywuje, ale moja niepoprawna wyobraźnia zawsze daje się ponieść. Może widziała już to słynne światełko na końcu tunelu? Może udało jej się wyrwać ze szponów choroby? Może była w takim momencie, kiedy Twoim mottem staje się zdanie, że nie wiesz, jaki jesteś silny, dopóki bycie silnym nie jest jedyną opcją, jaka Ci pozostała. Może musiała już sobie wyobrażać pożegnanie z bliskimi. Może patrzyła w niebo i myślała sobie „jeśli tam jesteś, nie zabieraj mnie, potrzebuję jeszcze trochę czasu, słyszysz???”. Może ściskała swoje małe dzieci i łykała niewidzialne łzy. Może pisała im listy i w każdym z nich chciała nauczyć ich życia, w którym zabraknie matki. Może mówiła do swojego ukochanego, grając twardzielkę i siląc się na żarty „wybierz sobie jakąś fajną laskę, tylko żeby umiała Ci taką tartę, jak lubisz najbardziej, zrobić, jakby co zostawię przepis”. Może potem wyła po cichu, ale tak, żeby on nie słyszał. Może jej się udało. I teraz, jak wielu z tych, którzy przeżyli raka, żyje w końcu na milion procent. To dlatego zawsze głośno się śmieje, ćwiczy do upadłego, kocha na zabój? Może.

Boks. Czwartek. Leje jak z cebra. Zwykły, szary dzień, rutyna, która dołuje, obowiązki, których znowu nie chce się ogarnąć, pranie, które nigdy się nie kończy, zamówione teksty, które nie chcą się napisać. Za partnerkę dostaję nową. Grejt, myślę sobie, zaraz mi powie, żebym tak mocno nie waliła, bo ją ręce bolą, nie zapamięta, że ma być lewy prosty, prawy prosty, sierp, sierp, hak. Ale dajemy. Rękawice pływają od potu, ręce się trzęsą, włosy lepią się do spoconej twarzy. Nowa napiera na maxa, dajemy sobie wycisk, trener chwali, żeśmy się idealnie dobrały. Nagle nowa mówi po drugiej serii – dawno nie miałam takiego świetnego treningu. Jak się cieszę, że przyszłam. Jesteś wspaniała. Jeszcze się nie przyzwyczaiłam, bo ja nie bywam wylewna w stosunku do obcych osób. Nawet tutaj, gdzie „ajlowiu, juaregrejt” można powiedzieć do pana, który Ci kawę dobrą poda w kawiarni, mnie to dziwi. Ale ona jedzie z koksem, kiedy siły brak, coraz bardziej motywuje, jesteś dobra, dasz radę, masz to, jeszcze 10 ciosów, raz, dwa. Jesteś wspaniała. Dasz radę. Jesteś wspaniała.  

Jak zwykle, moja głowa odpływa. Jaka tam wspaniała. Do dupy jestem. Nic mi się nie chce. Grejt srejt. Nie daję rady. Myślę sobie. Kiedy jednak słyszę to jeszcze kilka razy, przestaje mnie to denerwować. Zaczynam słuchać. I choć wiem, że jej słowa odnoszą się tylko do tężyzny fizycznej, biorę to metafizycznie. Jestem fajna. Jestem zdrowa. Mam siłę. Żyję. Mogę komuś dać w mordę i poczuć każdą kosteczkę na swoim ciele. Jesteś wspaniała. No raczej. 

Kończy się boks, jestem szczęśliwa. Dziękuję nowej. Już nie przeszkadza mi pogoda. Razem z potem wylałam resztki focha. Jest dobrze. Życie jest piękne. Nie musi być codziennie fajerwerków.

Wychodziłam dzisiaj z siłowni i kątem oka zauważyłam tę dziewczynę. Płakała, choć ciężko nazwać to płaczem, to było raczej rozpaczliwe wycie. Takie, które zgina człowieka w pół i odbiera mu oddech. Opierała się o kogoś, trzymała w ręce telefon i w kółko powtarzała „badania, wyniki, jest bardzo źle”.

Jesteś wspaniała. Dasz radę.  

Written by calareszta.pl