Możesz.

Kiedy w styczniu 2015 roku zakładałam blog, często biłam głową w ścianę. Konkurencja, elokwencja, wiedza, doświadczenie, popularność, znajomości, a w końcu celebrytyzm wręcz blogerów, wydawały mi się nie do przeskoczenia. Czytałam inne blogi i myślałam, że chyba nigdy mi się tak nie uda, moje teksty nie będą aż tak popularne. Nie wiedziałam co robić dalej, kiedy moje słowa do nikogo początkowo nie przemawiały.

Kiedy w styczniu 2016 Jason Hunt opublikował swój słynny ranking najbardziej wpływowych blogerów, otworzyłam go na klatce schodowej i zalałam się rzewnymi łzami. Ja? Nadzieja roku? W takim gronie? Kiedy zakończył się pierwszy etap głosowania w konkursie Blog Roku, a ja znalazłam się na pierwszym miejscu w obu kategoriach, w których startowałam – publicystyka tekst roku, cieszyłam się jak dziecko. Bo to był znak od czytelników. Jesteśmy, czytamy, kibicujemy. Kiedy kilka tygodni później p. Tomasz Raczek wyczytał moje nazwisko i wręczył mi nagrodę za tekst roku, Marcin Prokop dogadywał, że jestem tak wzruszona, że chyba nic nie powiem. Ale powiedziałam, bo ta nagroda na tej gali była dla mnie jak Oskar, a nie ma nic gorszego, jak nie wiedzieć co powiedzieć w takiej chwili.

Ostatni piękny wrześniowy weekend 2016 roku spędziłam na elitarnej blogerskiej konferencji Blog Forum Gdańsk, uświadamiając sobie na każdym kroku, że marzenie, aby mój blog stał się ważnym głosem, ziściło się. Kiedy Karolina Korwin-Piotrowska powiedziała, że jest wielką fanką mojego bloga, że podsyła go dzieciatym koleżankom, bo przecież sama ma tylko psy, o mało się nie przewróciłam. 

W styczniu 2017, w kolejnym rankingu Jasona, znalazłam się w srebrnej dziesiątce najlepszych blogów w Polsce, przeskakując tym samym największy kamień milowy i utwierdzając swoją pozycję w blogosferze. Na stałe od tego czasu jestem w czołówce blogów parentingowych w Polsce. 

Czasami, zanim zasiadam z mężem do piątkowego celebrowania kolejnego przeżytego tygodnia, zerkam na statystyki. Mój blog miesięcznie odwiedza w niektóre miesiące 300 tysięcy osób. Prawdziwych ludzi, rodziców, z marzeniami i indywidualnymi wizjami świata. Każdy post spotyka się z dobry odzewem. Ale to nic. Na moim blogu nic nie rozdaję. Rzadko wrzucam memy. Jest mało zdjęć. Poruszam drażliwe tematy. Nigdy nie proszę o lajki i kciuki. Nie narzekam na zasięgi, choć czasami boli, kiedy siedzę nad tekstem 4 dni i mało kto go czyta, bo takie właśnie widzimisię ma Facebook. Zawsze wtedy myślę, że po prostu był kiepski i jeszcze ciężej pracuję. W dupie mam konwenanse. Nadal codziennie piszę to, co czuję, choć bywa, że wcale nie jest to popularny pogląd. Nadal odpowiadam na każdą wiadomość, nadal czytam każdy komentarz i kiedy mam wolną chwilę, odpowiadam. Nadal pozostałam sobą. Jeśli nie czuję weny, nie piszę, choć przecież powinnam wrzucać 5 postów dziennie, aby dla reklamodawców być łakomym kąskiem.

ALE. Mam trochę w nosie to, co mówią i robią wszyscy. Ważniejszy niż zarobek jest dla mnie komfort pisania prawdy. Za mówienie prawdy dwa razy zwolnili mnie z korpo, jak się cieszę, że sama stworzyłam dla siebie platformę, na której mogę mówić własnym głosem.

Bo to jedno się nie zmieniło. Marzę o tym, aby mój blog był głosem. Spełniając kolejne marzenie, siedząc na przeciwko Doroty Wellman i Marcina Prokopa na sofie w Dzień Dobry TVN, też myślałam, że choć jest piekielnie trudno i codziennie mam ochotę napisać post „Dlaczego nie chce mi się pisać tego bloga”, ten blog jest potrzebny. Głównie mnie. Stałam się przez niego lepszą osobą, lepszą mamą. Układam w głowie moje macierzyństwo, zawsze było mi łatwiej pisać. Ale po ciuchu myślę też, dostając wszystkie sygnały od Was, że może i Wam jest trochę potrzebny. I żadne nagrody, splendory, gadżety i bankiety, elitarne konferencje, czy znajomości z celebrytami, nie są ważne. Ważne to dla mnie jest kiedy o 5 rano dostaję wiadomość „Dagmara, uratowałaś moje macierzyństwo”. I czy ja, matka codziennie na zakręcie, nie myślę sobie wtedy – o Panie, naprawdę? I ze łzami w oczach myślę sobie, że ludzki los jest pokręcony i jak to pięknie, że dzięki temu, co sama stworzyłam, mogę być malutką częścią czyjegoś życia? To jest największa nagroda. I wiem, że blogerzy codziennie Cię atakują daj lajka, udostępnij, polub, komentuj. To jest dla każdego autora nagroda, choć taka głupia i prozaiczna. Jako matka, kobieta, stara baba, wiem jednak, że często nie macie czasu, ochoty, nie chcecie się ujawniać. Rozumiem. Ja po prostu cieszę się, że jesteś.

Wróćmy jednak do meritum, przecież wiem, że blogowanie masz gdzieś. Jak to wszystko zrobiłam? Odpowiedź jest w sumie banalna, składają się na nią praca, cierpliwość i wiara. Nie, nie, nie w Boga, czy Buddę, bo nie wierzę. Wiara w siebie, swoje możliwości, założenia (choćby były inne niż te popularne) i w to, że wszystko jest możliwe. Jeśli coś mi się nie udawało, to nawet, jeśli popłakałam w poduszkę, na chwilę się zniechęciłam i traciłam zapał, następnym krokiem była jeszcze cięższa praca. Cierpliwie przez ostatnie lata budowałam markę, którą dzisiaj jest Cała Reszta.

Tak było z blogiem, ale wróćmy do przeszłości.

Kiedy miałam 21 lat, pojechałam do Nowego Jorku na urlop dziekański. Przeżyłam tam zamach na WTC. To było bardzo surrealistyczne doświadczenie, jakbym oglądała film, a nie prawdziwe, moje przecież życie. Chodziłam po pustym Times Square, na którym zwykle są miliony ludzi i wydawało mi się, że oto nastąpił koniec świata, a ja jestem w samym centrum Apokalipsy. Choć absolutnie wszyscy namawiali mnie do powrotu, do Polski wrócił chłopak, z którym tam byłam, w jeden dzień zostałam bez dachu nad głową – zostałam w NYC na kolejny rok. Nie byłam gotowa do powrotu, nie było to zgodne z moim planem, chciałam uczyć się języka, zwiedzać Stany, a po powrocie, za zaoszczędzone pieniądze, kupić własne M. Nie chciałam poddawać się terrorowi. Możliwe, że byłam młoda i nieodpowiedzialna. Możliwe, że bardzo uważnie słuchałam intuicji. Pod koniec wyjazdu zakochałam się w surferze z Australii. Miłość niemożliwa, trudna, wymagająca największych poświęceń. Nie wiem skąd, ale czułam, że to będzie najważniejsze, o co przyjdzie mi walczyć w życiu. Dziś wiem, że warto. Jest najlepszym mężem i ojcem dla naszych dzieci.

Przez dwa lata walczyliśmy o dziecko. Nikt, kto tego nie przeszedł nie wie, jak to naprawdę jest, kiedy oblatuje Cię stale zimy pot i jedna myśl: „co jeśli nigdy się nie uda zrealizować tego jednego, jedynego marzenia”? Jak to jest, kiedy nienawidzisz innych ciężarnych, a znajomi wysyłają Cię na urlopy, na których sami zrobili sobie dzidziusia. Ja siebie zobaczyłam wtedy jako matkę, nie dopuszczałam innej możliwości. W trakcie trudnej ciąży wiedziałam, że te dzieci mi się urodzą i że ja zrobię wszystko, aby ich i swoje życie wieść jak najlepiej. Nic innego nie było dla mnie ważne.

Kiedyś uważałam, że bieganie jest najgorszą katorgą na świecie i nie mogłam pojąć, dlaczego ludzie tak strasznie się katują na własne życzenie. Myślałam też o tym przez 10 ostatnich kilometrów maratonu, który przebiegłam i do dziś uważam, że to było moje dotychczas największe życiowe osiągnięcie. W bólu i łzach, biegłam i płakałam, płakałam i biegłam. Głowę jednak trzymałam wysoko. Wiedziałam już wtedy, że właśnie udowadniam sobie, jaka we mnie drzemie siła i ambicja. Boję się każdego dnia, że los mi coś zabierze. Wiem jednak, że bez walki niczego nie oddam. Teraz w każdym tygodniu przebiegam co najmniej 30 kilometrów i nie wyobrażam sobie życia bez biegania.

Kiedy znalazłam się w Australii, kilka pierwszych miesięcy jeździłam na około po rondzie, dopóki nie pojawił się na nim inny samochód. Ruch był lewostronny, a ja nie wiedziałam jak z tego cholernego ronda zjechać. Nigdy nie udało mi się wyjechać z garażu bez kakofonii klaksonów kierowców, którym zajechałam drogę. Ale jeździłam, przez co mogłam normalnie egzystować.

Wiele złotych myśli z wiekiem mnie śmieszy, jak to, że możesz być kim chcesz. Nie mam wybitnego głosu, więc nie będę Adele, nie mam 180 cm wzrostu, więc nie będę Cindy, nie mam zdolności aktorskich, więc nie zdobędę Oskara. Nie wierzę, że czas leczy wszystkie rany. Odkąd jestem mamą wiem, że sto lat by nie starczyło, gdyby coś stało się moim dzieciom.

Wierzę jednak, z wiekiem coraz silniej, że ograniczenia są w głowie. Mogę marzyć realnie i nawet jeśli dziś coś wydaje się nieosiągalne i trudne, mogę nad tym pracować. Sukces to nie tylko cel, ale i droga, która do niego wiedzie. Ci, którzy nie próbują, przegrywają podwójnie. Wierzę w to, że można dwa razy wejść do tej samej rzeki. Trzeba przecież sprawdzić, może akurat nurt się zmienił? Dwa razy mojemu obecnemu mężowi mówiłam „tak”, dwa razy kupowałam tę jedyną sukienkę. Wierzę w to, że ludzie się zmieniają. Jestem tego przykładem. Kiedyś czekałam na coś i nie wiadomo na kogo, dziś wyrywam z życia ile mogę.

Jutro to, co dziś jest możliwe, może być nieosiągalne. Szczęście ma przecież naturę waz glinianych i szklanych kielichów. Dlatego każdy dzień staram się przeżyć dobrze. Zmienić coś, co wczoraj nie poszło, zrobić coś dla kogoś, pomyśleć pozytywnie, otaczać się wykreowaną przez siebie wizją świata, a nie byle jakim zbiegiem okoliczności. Mogę oczywiście cierpieć na ustawiczny ból przysłowiowej dupy i narzekać, że a to mąż nie taki, dzieci za dużo, czasu mało, zimno, inni to mają, a ja nie. Mogę chodzić obrażona na cały świat, tylko po co?

Całe życie wracam do dwóch historyjek. Jedna to historia mojej współlokatorki, która w drodze do pracy, w której wypłata była uzależniona od napiwków, przez 30 minut drogi z Bronxu na Manhattan powtarzała, że czuje, że dziś wyjdziemy bogate, że właśnie dziś jest ten dzień, kiedy będą sami super klienci, duże stoliki i ogromne napiwki, a noc szybko minie. Ta dwudziestoośmioletnia Puertorykanka z dziurą w głowie, którą razem z włosami wyrwał jej ojciec jej dzieci, wchodziła do pracy jak królowa i choćby noc dla innych była beznadziejna, ona zawsze wychodziła z pełnym portfelem. Klienci to od niej chcieli drinka i to jej zostawiali kasę. Bo przy niej, uśmiechniętej, tryskającej humorem i zadowolonej, czuli się dobrze i to jej woleli dać napiwek, szerokim łukiem omijając inne nabzdyczone kelnerki. To, jakie miała ciężkie życie nikogo w tym klubie nie interesowało.

Druga historia to historia narciarza. Byłam na nartach we włoskich Alpach. To był jeden z tych dni, kiedy wiatr, mróz, śnieg waliły po oczach i odbierały chęć jazdy. Akurat byłam po przerwie, na której w salwach śmiechu wypiłam ze znajomymi Bombardino. Miałam wtedy jakieś 20 lat, młoda, silna, na urlopie od ciężkiego studenckiego życia. Zatrzymałam się na szczycie, popatrzyłam niechętnym okiem na stok, który ledwo było widać, w głowie ruletka: wracać do baru, czy jednak jechać na złamanie karku? Kiedy ja tak sobie biadoliłam na mój ciężki los, zatrzymał się koło mnie narciarz, Włoch w średnim wieku, podarował mi szeroki, radosny, zaraźliwy uśmiech, krzyknął „Let’s go!” i ruszył do przodu. Wtedy dopiero zauważyłam, że był kaleką, miał tylko jedną nogę, a do niej przypiętą nartę.

Piszę to wszystko, bo chcę Ci pokazać na swoim przykładzie jak wiele możesz. Zabieraj się do roboty. Porzuć bylejakość.

Jeśli o czymś marzysz, skup się i małymi krokami zacznij już dziś. Nie czekaj na coś lub na kogoś. Chcesz schudnąć – już dziś odmów sobie deseru. Chcesz zacząć biegać – opracuj trasę. Chcesz zmienić pracę ale nie umiesz języka – naucz się codziennie pięciu nowych słówek. Chcesz być lepszym rodzicem? Wyłącz tv, telefon i komputer i siadaj ze swoim dzieckiem do planszówki. Rozwiązywanie wszystkich problemów w Twoim życiu zacznij od siebie, bo tylko siebie możesz zmienić. To wszystko banały, ale osiąganie wielkich celów trzeba przecież od czegoś zacząć, najlepiej od siebie, bo świata przecież nie zmienisz.

Nie zawsze byłam taką optymistką jak dziś. Bywało, że cierpiałam na depresję, szukałam porad specjalistów, a potem długo wychodziłam na prostą. Na wiele rzeczy nie mam wpływu. Mam jednak wpływ na moją na nie reakcję. Jeśli coś się stało, przeżywam „żałobę” i zabieram się do działania. Uwierz w moje motto – dopóki walczę, nie przegrałam. Nigdy się nie poddawaj. Dopóki jest człowiek, jest nadzieja. Możesz wiele.

Dziękuję Ci z całego serca i wszystkich sił za to, że jesteś tutaj codziennie. To spełnienie moich marzeń, nagroda i ucieleśnienie wiary w sukces. Opłacało się poświęcić czas, środki i energię na coś, co kiedyś wydawało mi się jedynie mrzonką. Dodajesz mi skrzydeł. Będzie więcej, obiecuję.

Dziękuję, że tu jesteś! Mam nadzieję, że ten tekst był dla Ciebie wartościowy. Jeśli masz ochotę, zostaw po sobie ślad:

– Zaobserwuj mnie na Instagramie i dołącz do mojej społeczności, gdzie znajdziesz całą masę wzruszeń, przepisów, promocji i podpowiedzi! Odpisuję na komentarze i wiadomości, więc pisz do mnie śmiało!
– Zostaw tu komentarz, porozmawiajmy! Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim też ze znajomym. To dla mnie ogromna motywacja do dalszego tworzenia.
– Zapisz się do mojego newslettera, dzięki temu będziesz na bieżąco i nie ominą Cię żadne sekrety przeznaczone tylko dla najwierniejszych czytelników.
– Zerknij do mojego sklepu, znajdziesz tam moje bestsellerowe e-booki i produkty niespodzianki!

Photo by Arnel Hasanovic on Unsplash

106 komentarzy

  1. Daga, bardzo fajny tekst! Czasem nie jest łatwo, ale trzeba iść do przodu, marzyć, planować i spełniać się. Prywatnie lubię słowo 'możesz’/’mogę’… czasem wykorzystuję je, jak ktoś się mnie pyta dlaczego coś zrobiłam, albo podjęłam taką decyzję… a ja mogę powiedzieć… bo mogłam:)

  2. Zaczelam czytac Twoj artykul wczoraj w autobusie, dokończyłam teraz. Bo to wiadomo ciagle cos. Ale traktuje to Twoje pisanie, a wlasciw, moje czytanie jak deser, jak torcik. Na poczatku wzruszylam sie ale szybko opamietalam sie, bo plakac w autobusie! 😉
    Czasem jak czytam Twoje artykuly to mysle sobie „Ona tez tak ma” czyli nie jestem az tak postrzelona, ze np. czasem boje sie ze strace cos,kogos ze inne kobiety matki maja podobnie.
    dziękuję!

    1. Ja kiedyś już pisałam o tym strachu, pojawiły się komentarze, że tak się żyć nie da. A ja myślę, że on jest naturalną obawą o zdrowie i życie bliskich. Ja tam już nieraz płakałam w miejscach publicznych, nie dalej jak we wtorek jak zobaczyłam wyniki konkursu na Blog Roku. Płakałam w supermarkecie 🙂 Co mi tam! Pozdrawiam i cieszę się, że jestem takim bezkalorycznym deserem 🙂

  3. Daga – przeczytałam tekst jednym tchem <3 Normalnie uwielbiam twój styl pisania 🙂 Jeden z najbardziej autentycznych w naszej blogosferze 🙂

    Najważniejsze co w życiu mamy to właśnie to co jest w naszej głowie. Nastawienie to podstawa. Dla jednych deszczowy dzień to katorga, dla innych wspaniała okazja, żeby pograć z dzieciakami w gry czy zaszyć się z ukochanym pod kołdrą 🙂

    Buziaki dla całej Waszej optymistycznie zakręconej piątki 🙂

    1. Dziękuję bardzo. Moje dzieciaki chyba też ten humor mój przejmują, cały czas psocą, a Emma wymyśliła wczoraj piosenkę o szczęśliwych ludziach, która brzmiała mniej więcej tak: „Na, na, na, na, uśmiechamy się, szczęśliwi ludzie, są wszędzie, aaaaa”. Padłam 🙂

  4. czesc Daga! Pisze tutaj pierwszy raz, nie mam dzieci, wiec blog w zasadzie nie powinien mnie interesowac. A jednak zagladam, czytam i lubie. Piszesz fajnie i szczerze, jestes soba (pamietam Cie dobrze z czasow IP, czytam od dawna, bo jeszcze bylas w Australii jak zaczelam) i widze jak bardzo sie rozwijasz – imponuje mi to wszystko. Trzymam kciuki abys spelniala kolejne marzenia!

    1. IP, wow! To były wieki temu i jakie piękne, burzliwe czasy, choć wspominam je teraz bardzo pozytywnie. Wiele moich życiowych przyjaźni się tam zaczęło. Dzięki wielkie za komplement! Zawsze byłam szczera (choć czasem do bólu i tej dyplomacji nadal się uczę 🙂 ).

  5. To jest pierwszy tekst na Twoim blogu, który przeczytałam i jestem pewna, że zostanę tu na dłużej 🙂 Tekst genialny, mega inspirujący i motywujący. Cieszę się, że przeczytałam go właśnie teraz, gdy sama dokładnie tydzień temu zaczęłam swoją przygodę z blogowaniem. Oczywiście miałam i nadal mam mnóstwo wątpliwości, czy dam radę, czy w ogóle ktoś będzie odwiedzał moją stronę, czy kogoś będzie interesować to co piszę, czy nie zabraknie mi czasu i pomysłów na dalsze pisanie..,można byłoby tak wymieniać bez końca… Jednak teraz już wiem, że jeśli będę ciężko pracować, wykazywać się cierpliwością i wierzyć w sens tego co robię to dam radę i mogę wszystko 🙂 Dziękuję Ci 🙂

    1. No jasne, że możesz, ograniczenia są tylko w głowie. A blog może się zmieniać, Ty możesz zmieniać do niego swoje podejście, możesz traktować go jako pracę, zabawę lub hobby, możesz bardziej lub mniej angażować czytelników, opcji jest mnóstwo i tylko jedna przeszkoda – trzeba dużo pracy, ale satysfakcja jest ogromna! Powodzenia!

  6. Gratuluje nagrody! Dzisiaj po raz pierwszy obejrzałam Twojego Bloga! Jest genialny a nagroda to potwierdza. Wpis powyżej jest jak wiatr w żagle. Bardzo dobra z Ciebie mama i w swej matczynej postawie bliska innym matką, które kochają swoje dzieciaki ale nie przestały być z chwilą porodu pracownikami, partnerkami, córkami, koleżankami ale ponadto stały się matkami. Powodzenia w rozwijaniu swojej blogowej pasji i szklanki zawsze do połowy pełnej.

  7. Taki piękny ten Twój wpis. Gruby, jeśli chodzi o emocje;-) czytam Cię już od dłuższego czasu i bardzo mnie Twoje ostatnie blogowe nagrody ucieszyły. Bardzo zasłużone!
    Mnie też blogowo ten tekst podreperował ( bądź cierpliwa i pracuj), bo zwątpienie czasem ogromne i płaczę nad laptopem?.
    Powodzenia, a nam, czytelnikom dalej pięknych tekstów i inspiracji.

    1. Płakanie nad laptopem nie ma sensu. Idź posiedź na placu zabaw, w kawiarni, do kina. Złap trochę dystansu, przejrzyj notatki. Na siłę się nie da, tematy i pomysły zawsze kiedyś same przychodzą i wtedy są najlepsze.

  8. To i ja powiem: Dziękuję 🙂 Gratuluję wszystkich nagród 🙂 A ten tekst zaraz idzie do druku i na lodówkę 😉 Ja właśnie od dzisiaj (1szy dzień miesiąca 😉 postanowiłam powalczyć z nadwagą i ruszyć się trochę, dlatego teraz trochę pracy, a potem trochę biegu (albo marszobiegu narazie ;). Dzięki jeszcze raz, nie przestawaj pisać! Miłego weekendu dla Ciebie i rodziny 🙂

  9. Czytam w miną z jaką mój prawie 3 letni synek ogląda bajkę, mam gębę rozdziawioną i pochłaniam tekst jednym tchem. Dziękuję

  10. 10 minut przy porannej kawie …. bezcenne,motywujące i wzmacniające, dziękuję. Miłego dnia 🙂

  11. Dagmara, dziękuję. Ratujesz moją dzienną dawkę zapotrzebowania na uśmiech, serio.

    Od wczoraj czuję, że eksploduję – mojemu roczniakowi wychodzą dwójki i nie śpię od trzech dni, mąż uważa, że jestem niezorganizowana, nie rozumiejąc, że brak mi mocy na cokolwiek, a dorosły pies każdego ranka zostawia po sobie w przedpokoju niespodziankę..
    Jedynę co muszę to przetrwać, dam radę! Ściskam ?

  12. Dagmara, jeśli ten tekst miał lekko kopnąć w pupę, to w moją trafiło udealnie. Jestem mamą 13 miesięcznej wspaniałej córy, teraz w początkach drugiej ciąży. I odkąd czytam Twojego bloga coś mi się w głowie zaczyna odblokowywać. Zaczyna, bo to proces, ale to tak jakbym patrząc na jakąś rzecz milion razy, za milionpierwszym zobaczyła ją od nowa. Tak było z tekstem o olaniu opinii innych, tak jest i teraz. Znów widzę, że mogę. Dzięki za szczerość, otwartość i za to, że Ci się chce. Twoje dzieci będą miały i już mają fantastyczny start w życie 🙂

  13. Czytam Twojego bloga od niedawna. uwielbiam Twój styl, często się śmieję czytając, czasem dajesz mi bardzo do myślenia. tez ma na imię dagmara i tez mam 3 dzieci (3latka i 3miesięczne bliźniaki). też marzę o założeniu bloga, bo uwielbiam pisac i potrzebuję zająć głowę i ręcę czymś innym niż dzieci. ciągle odkładam ten pomysł na później, ale teraz dodałaś mi skrzydeł i wiem, ze zabiorę się za to jeszcze dziś. dziękuję :*

  14. Zaczęłam czytać tego bloga jakiś miesiąc temu. Jest genialny. Najlepszy na jaki udało mi się trafić. Zastanawiam się gdzie znajdujesz czas na pisanie?! I czytam i czytam i oczom nie wierzę. Zgadzam się ze wszystkim w 99%. 1% zostawiam sobie na indywidualność 😉 w dodatku pracuje w korpo w Krakowie.. Tylko dzieci mam mniej, bo dwie dziewczynki, ale sił na trzecie już brak, młode skutecznie działają jako antykoncepcja 🙂 pozdrawiam i życzę powodzenia w poniedziałek!

    1. Kasiu, piszę jak jest wena. Czasami w nocy, czasami wstaję o świcie, bywa, że mieszam zupę i piszę. Pozdrawiam sąsiadkę z Krakowa! I dziękuję za dobre słowo!

  15. Nie jestem dobra w komplementach, ani dla innych ani dla siebie, ale powiem Ci, że dajesz niezłego kopa do bycia lepszym – głównie rodzicem. Przeczytałam Twój wpis jakoś niespełna rok temu, wpis sylwestrowo-noworoczny i od tej pory czytam nieustannie i nabieram optymizmu i za każdym razem myślę ” Nie jestem sama” „Inni tez miewają gorsze dni” to jest prawdziwe macierzyństwo. Dzięki Twoim wpisom staram się bardziej, mniej narzekam..uczę się innego podejścia do pewnych spraw. Jednym słowem bardzo się cieszę, że Cię „poznałam”. Chce wpisów więcej i więcej. Podoba mi się to, ze nie ma tu reklam, nachalnego polecania produktów. Jeśli się pojawią to zrozumiem, bo oferty mogą być atrakcyjne i pewnie żal będzie nie skorzystać. Nie przestanę z tego powodu Cię „odwiedzać”. Liczę na wiele normalnych, życiowych wpisów o sprawach codziennych i niecodziennych.

    1. Marta, bardzo dziękuję za taki miły komentarz. Staram się pisać tak, jak jest. Sama sobie dawać nadzieję, poklepać się czasem po plecach, pocieszyć. Paradoksalnie czasami obcy ludzie rozumieją nas lepiej niż bliscy. A kiedy jesteśmy choć częściowo anonimowi, łatwiej nam wyrazić swój ból, złość. Nie mówiąc już o tym, że słowo pisane pozwala na głębszą refleksję.

  16. Ok dopiero zobaczylam ten post, bo „sledze Cie”:-) od niedawna. Pieknie napisane. Bardzo lubie Twoje teksty. I z niecierpliwoscia bede czekac na te z Australii. ?

  17. Od dawna cię podglądam(chyba od początku nawet) i teraz czytając tą wiadomość żałuje że lepiej się nie poznaliśmy a były takie możliwości gdy na grupie umawialiśmy się na kawę i do której nigdy nie doszło :-/ Chociaż mówisz że jeszcze dwa tygodnie jesteś tu? 🙂

  18. Czytam i czytam i nawet łezka się w oku zakręciła, niby nie podobne do siebie jesteśmy a tak wiele co tu napisałaś odnosi się do mnie samej. Tez mam trojkę, rożny wiek, wszystko na „mojej głowie” bo mąż w pracy za granicą, ale codziennie wstaję rano i mówię do siebie – będzie dobrze!dam radę!znów słońce zaświeci!

  19. Mądry, życiowy tekst, dający do myślenia. Człowiek zaczyna wierzyć, że chcieć to móc:) Dziekuję

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *