calareszta

Kiedy niedawno pojechałam na weekend do Trójmiasta, po powrocie opublikowałam satyryczny post, w którym z rozczuleniem wychwalałam męża, który podczas mojej nieobecności wyprał całość prania, dając mi w prezencie rzadką możliwość obejrzenia dna kosza na brudy.  Zdarzenie było dla mnie o tyle niezwykłe, że przez trzy dni był sam z trójką dzieci, miał bardzo intensywne plany i zdawałam sobie sprawę z tego, że to pranie musiał robić po nocach i nieźle się nagimnastykować, żeby ze wszystkim się wyrobić. Sam fakt prania nie był dla mnie niezwykły, bo w moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem.

Niepokojące wydały mi się komentarze od czytelniczek, z których płynie jeden wniosek – facet, który robi pranie, to rzadkość. Brawo on! Klękajcie narody! Bohater! Nawet jeśli już (przymuszony) zrobi to pranie, to pewnie wrzuci białe z kolorowymi, wszystko zafarbuje na buro, albo zapomni rozwiesić. Jeśli już jakimś cudem rozwiesi, na pewno nie wyprasuje.

Nie wiem właściwie, po czyjej stronie jest wina. Czy to faceci są lewi i leniwi, czy podział na czynności męskie i damskie aż tak dokładny, czy w końcu niewolnictwo kobiet? W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem, bo ten dom jest wspólny i razem o niego dbamy. Wspólne są też dzieci, których ja, przez fakt „siedzenia w domu”, nie wychowuję w pojedynkę.

Mąż wychodzi rano do pracy, a ja zasuwam do swojej. Kiedy wychodzi z domu, który o poranku przypomina środek cyklonu, widzę w jego oczach ulgę. Pachnący, w garniturze wychodzi i przez najbliższe 9 godzin żyje w świecie, gdzie na pytanie „jak masz na imię” nie pada odpowiedź NIE. Wiadomo, że można mieć szefa buca i kilku debili w zespole, ale i na nich wszystkich są sposoby, których często przy dzieciach brakuje.

Wiem, że dla wielu osób siedzenie w domu oznacza, że leniwa, pozbawiona jakichkolwiek ambicji paniusia, zrzuciła odpowiedzialność za utrzymanie rodziny na biednego męża, po to tylko, aby móc całymi dniami malować paznokcie, a jak dzieci wrócą z przedszkola, bawić się domkiem dla lalek. Na szczęście coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę, że to siedzenie w domu to też praca. Jest szef, lista obowiązków, terminowość. I niezły zapieprz. Brakuje tylko motywacyjnych dodatków, chorobowego i urlopu. I jak w każdej innej pracy, liczy się zespół. W domu też stawiamy na partnerstwo, bo w domu zespół to ona i on.

To nie jest manifest sfrustrowanej Matki Polki. Taka była nasz WSPÓLNA decyzja. Choć dla niektórych bycie mamą na pełny etat jest wyróżnieniem, w wielu domach jest koniecznością. Kto za mnie pobawi się w dom? Czy nie tak wygląda dorosłość? Te wszystkie około domowe i związane z dziećmi obowiązki zajmują masę czasu. Czasu, który wiele kobiet chętnie poświęcałoby na rozwój, na pięcie się po szczeblach kariery. A w moim domu jest tak, że to mąż się rozwija i pnie, a ja go wspieram. Bo w tym momencie inaczej się nie da.

To partnerstwo zakłada, że każde z nas ma prawo do gorszego dnia. Zakłada też, że żadne z nas nie wtrąca się do pracy drugiego. Są rzeczy, które olewamy, z którymi nie zdążymy na czas i które robimy, bo musimy, bez przyjemności. Każde z nas docenia też pracę drugiego. Mąż docenia moje starania w domu, a ja fakt stabilności finansowej. To dlatego, gdyby zwrócił mi uwagę, że gdzieś tam wisi pajęczyna, strzeliłabym focha. Bo jeśli tak bardzo przeszkadza mu pajęczyna – może sam ją zlikwidować. Przecież też ma dwie ręce, podobnie jak ja. Ja nie kontroluję jego firmowych zobowiązań, więc i on niech nie wtrąca się do moich. Nie wyciągam pod koniec miesiąca jego paska wypłaty i nie pytam „dlaczego tylko tyle”. Wiem, że robi co w jego mocy, aby żyło nam się dobrze. Tak samo jak ja.

Kuchnia to moja działka, ale już wszelkie naprawy w naszym domu czekają na męską rękę. Ten podział nie stoi na przeszkodzie, aby mąż ugotował dla nas pyszną kolację, a w weekend podał śniadanie.  Tak samo jak ja jadę zmieniać opony, lub przetykam kran.

W weekend dom i dzieci są naszym wspólnym obowiązkiem. Co oznacza, że w jeden dzień ja śpię do oporu, w drugi mąż. Ja biegam w niedzielę, on w sobotę. On kąpie, ja sprzątam po kolacji. On myje gary, ja zamiatam podłogę. Ja robię obiad, on jeździ z dziećmi na rowerze. Ja ubieram, on zapina w foteliki. Ja czytam dzieciom bajkę, on rąbie drewno. On pierze, ja czeszę. Każde z nas łapie się tego, co akurat trzeba zrobić. Odpoczywamy, kiedy wszystko jest zrobione. Wspólnie.

Jeśli komuś powinie się noga, na przykład o 8 rano w sobotę okazuje się, że nie kupiłam papieru toaletowego, mąż mnie nie zadręcza. Nie robi pouczających pogadanek o priorytetach. Wsiada do samochodu i jedzie kupić. No problem!

Mąż mi nie wyrzuca, że coś jest niezrobione. On wie, że mimo tego, że nie pracuję zawodowo, robota w domu się nie kończy i jeśli czegoś nie ogarnęłam to nie dlatego, że mi się nie chciało albo czekam, aż on to zrobi. Jak każdy potrzebuję odpocząć, zjeść obiad na siedząco. Tak jak ja nie rozliczam go z tego, ile trwają jego przerwy na lunch i ile kaw wypił, tak on mi tego nie wymawia.

Jasne, mam czas na siłownię i na zakupy w południe. Gdybym nie miała, pewnie bym zwariowała. Bo to są bonusy w mojej pracy. W zamian niosę na swoich barkach ogromną odpowiedzialność, od bzdur takich jak ciepłe ubranie, żeby mi dzieci nie chorowały, przez dietę, która zapewni im zdrowy rozwój, po lekarzy, kreatywne zabawy, rozrywki i emocjonalne potrzeby. To są rzeczy o którym mój mąż nie ma bladego pojęcia. Nie wie jak wygląda nasz pediatra, ani jak mają na imię nauczycielki w przedszkolu. Nigdy nie był na zebraniu, nie wie jaki rozmiar nogi mają nasze dzieci. Bo to moje sprawy.

Nikogo nie przepraszam, jeśli podłoga w moim domu się lepi, a obiad składa się tylko z wczorajszej zupy. Liczy się efekt końcowy. Jedno pracuje poza, drugie w domu. Jedno zarabia, drugie dba, aby grało i buczało. On pilnuje swojego kalendarza w pracy, ja naszego domowego. Urodziny, kinderbale, szczepienia, przedszkolne wycieczki, lekarze. Tak jak ja o jego codzienności wiem niewiele, tak on o mojej też. I dobrze. Każdy z nas ma swoje obowiązki. Dlatego w moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem. Kiedy widzi, że coś jest niezrobione, robi to.

Możliwe, że trafił mi się wyjątkowy egzemplarz. Chociaż podglądam partnerów przyjaciółek i w większości nie boją się mopa i wiedzą jak wrzucić (i nawet potem wyciągnąć) pranie do pralki. Możliwe więc, że to nie jest wina gatunku męskiego w ogóle, tylko niektórych z nas, kobiet. Czasami już na etapie wychowania.

Ja nie stałam się niewolnikiem. Nie matkuję też mojemu mężowi, bo potrzebuję silnego partnera, nie maminsynka. Mam tylko troje dzieci, mąż nie jest kolejnym. Oboje oczekujemy wsparcia. I tak jak ja wspieram męża, aby jego kariera kwitła, co na przykład zakłada częste wyjazdy, podczas których on nie tylko pracuje, tak i on wspiera moje zmagania z dziećmi i kiedy tylko może, uczestniczy w nich. Zakochałam się w gościu, który miał głowę na karku i potrafił o wiele więcej niż tylko bez pudła wrzucić dwie skarpetki do kosza z bielizną. Mieszkam w Europie, w której panuje równouprawnienie. Panuje też w moim domu.

W takim duchu wychowuję syna. On też odnosi naczynia do zlewu, segreguje skarpetki i pomaga przygotować obiad, choć ma w domu trzy kobiety. Nie będzie życiowym kaleką, w wieku 5 lat potrafi sobie sam zrobić kanapkę.

Kobiety! To nie może być tak, że będąc w związku czujecie się samotnymi matkami! Nie może być tak, że facet jest na ozdobę! Bo niby czego?

Nie jest dla mnie fantazją seksualną widok męża ładującego zmywarkę. To jest zupełnie normalny widok. Gdyby było inaczej, martwiłabym się, że coś zaniedbałam. I jeśli tak jest w czyimś domu i komuś to nie pasuje, pora to zmienić. Męża trzeba sobie dobrze wybrać. Ale nic straconego, jeśli wybrałyście sobie średnio, można też wychować. Rodzina to nowy twór, nie każdy momentalnie się w niej odnajduje. Możliwe, że aby nastała harmonia, trzeba wypracować pewne kompromisy. W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem. Jasne, doceniam, fajnie, dzięki. Tak samo jak on nie bije pokłonów za obiad na stole. Powie – pyszny, dzięki. Koniec tematu. Partnerstwo.

I choć napisałam ten post do kobiet, niestety i my powinnyśmy się czasami stuknąć w głowę. Bo naprawdę chciałybyśmy, żeby faceci czytali nam w myślach. A przecież dbanie o związek to nie tylko jego obowiązek. Już dawno wiem, że jeśli czegoś chcesz, to wal prosto z mostu, faceci się często nie domyślają! Jeśli chcesz romantycznego wieczoru, kupujesz butelkę wina, dzieciaki gonisz do łóżek odrobinę wcześniej, golisz nogi i zapalasz świece. Bajka o królewnie śnieżce w większości domów zdarza się na odwrót – najpierw jest suknia i bal, a potem gromada krasnali i obowiązki. Chcesz jechać do szwedzkiego sklepu meblowego? Zaproponuj, nie czekaj aż się sam domyśli!

Jeśli padasz na pysk i czujesz, że jesteś robiona w tym związku w bambuko, nie czas na sentymenty i fochy, a zwykłą, spokojną rozmowę dwóch dorosłych osób dzielących życie. Kiedy słyszę „a bo on to…”, otwiera mi się przysłowiowy scyzoryk w kieszeni. Czy ten niby on to wie? Problemem większości związków jest brak komunikacji. I nie chodzi o komunikowanie Helence, że on taki zły, tylko walenie prosto z mostu, między oczy o co biega. Mamusia nie nauczyła? Nic straconego! Na naukę nigdy nie jest za późno.

Faceci chcą kobiet uległych, rodzinnych, ale w sypialni drapieżnych, co bywa zupełnym przeciwieństwem tego, czego potrzebują kobiety, które fantazjują o mężu przy garach. Ale jest dobra wiadomość – rok ma 365 dni i spokojnie można eksperymentować i na każdym polu znaleźć kompromis, tak, żeby on nie wyobrażał sobie ponętnej blondynki z czerwonymi szponami, a ona nie wodziła tęsknym wzrokiem za innym tatą, który biega za dziećmi w parku.

Każdy chciałby, żeby było tak jak kiedyś – koronki i czerwone szpilki, on taki męski, ona taka gorąca. Niestety, życie to nie bajka. Życie to śpiki wyciągane z nosa odkurzaczem, kupa za paznokciami i pranie brudnych skarpetek. Dlaczego to wszystko ma być udziałem tylko jednej osoby? Szlag mnie trafia, kiedy słyszę, że taki facet co w domu pomaga, to skarb. Dom przecież też jest jego! Dzieci też nie zrobiłyśmy sobie same!

W moim domu facet nie zbiera braw za kiwnięcie palcem. Jeśli w Twoim tak nie jest, czas na zmiany. I nie chodzi tutaj o kuchenne rewolucje, a poważne podejście do fundamentalnych założeń życia w rodzinie. Powodzenia.

Zdjęcie – pixabay.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl