P6093493

Cieszę się, że dzieci urodziłam późno. Choć oczywiście, jako 32 latka, często słyszałam różne „komentarze”, że to niby wygodna, zbyt nowoczesna, że to już pora i czy może pokazać mi jak się te dzieci robi. A ja cieszę się z mojej decyzji, to był idealny wiek na dziecko. Podziwiam ludzi, którym nastoletnie rodzicielstwo wyszło na dobre. Podziwiam, kiedy żyją z sensem i to wczesne rodzicielstwo nie wpłynęło negatywnie na ich życie i na wychowanie dzieci.

Bardzo bałam się niechcianej ciąży aż do bodaj ślubu. Zupełnie nie byłam gotowa na dzieci i chociaż nie jestem zbytnio religijna, wierzyłam w tradycyjny porządek – najpierw wykształcenie, potem mąż, najpierw mąż, potem dziecko. Teraz myślę, że prawdopodobnie i tak skończyłabym studia, nawet z dzieckiem na ręce, ale byłoby to pewnie okupione masą wyrzeczeń. Wierzę, że w każdej sytuacji, która nas spotyka, planowanej lub nie, można znaleźć pozytywny aspekt. Wszystko może być motorem albo hamulcem, zależy to tylko i wyłącznie od naszego podejścia do życia. I chęci. Bo przecież chcieć, to móc.

Myślę jednak, że w życiu na wszystko jest czas. Okres młodości to czas zabawy. I nie mówię tutaj nawet o imprezach, które sama zaliczyłam, choćby mieszkając w akademiku. Studiowałam na AGH, o którym chodzą legendy, że jedynymi trzeźwymi studentami na tej uczelni są rzeźby dwóch górników i dwóch hutników przed budynkiem głównym. Potwierdzam, jest w tym dużo prawdy.

Bez tych imprez można się obyć, życie na nich się nie kończy. Chodzi mi o taką zabawę, gdzie przez krótki moment w życiu, nic człowieka nie ogranicza. Bo przecież najpierw ograniczają nas rodzice, potem partner, a w końcu dzieci. Ten krótki okres, od około 18 roku życia, kiedy możemy już w pełni decydować o sobie, do stałego związku, to dla mnie wolność. Fajnie jest przeżyć ten czas poznając siebie, podróżując, pracując do upadłego, czy co kto woli. Rodzina, obowiązki, pieluchy, kredyty i zmartwienia jeszcze przyjdą. Wypełnią po brzegi późniejsze życie.

Osoby, które te dzieci miały i wychowały w tak wczesnym wieku, zawsze powtarzają, że w sumie się cieszą, bo miały dużo energii, bo odchowają i wrócą do tego wszystkiego, co ich ominęło.

Wydaje mi się to trochę niemożliwe. W wieku 22 lat na półtora roku poleciałam do Stanów. Mieszkałam kątem u znajomego znajomych, pracowałam w nocnym barze i jadłam pizzę na śniadanie o 13. Będę gorąco namawiać swoje dzieci do takich wyjazdów. Bo ten wyjazd, to jedna z najlepszych rzeczy, które kiedykolwiek mi się przytrafiły, zmieniło mnie to całkowicie, po powrocie byłam innym człowiekiem.

A teraz spróbuj zrobić to samo z dzieckiem. Nie da się niestety, choćby nie wiem jak być nowoczesnym. Po prostu jest to niemożliwe. Przede wszystkim dlatego, że mając dzieci, kluczowa staje się stabilizacja. Dzieci uwielbiają rutynę i choć w czasie wakacji pozwalamy sobie na lody o poranku, chodzenie późno spać i kąpiel raz w tygodniu, z dziećmi ciężko o taką spontaniczność codziennie. Bo choć na studiach mogłam jeść w kółko chleb z pasztetem, a jak skończyła mi się kasa, spacerować, zamiast jeździć tramwajem, z dziećmi niektóre numery nie przejdą. Mleko, kaszki, słoiczki, odżywki, pampersy, bodziaki w nocy kurczące się o dwa rozmiary – to wszystko kosztuje. I już nie walniemy się kątem u znajomego, nie będziemy żyć o papierosach i pasztecie, z dzieckiem takie zachowania grożą przynajmniej MOPSem.

Niektóre rzeczy można zrobić tylko będąc młodym, bezdzietnym i odrobinę szalonym. Tylko wtedy można zaryzykować, kiedy całkowicie odpowiedzialnym jest się tylko za siebie. Kiedy wyjeżdżałam na studia do Australii, nie przejmowałam się tak naprawdę niczym. Ot, realizowałam swoje marzenie studiowania za granicą. Jeśli miałabym wtedy dzieci, nie byłoby to możliwe. Głównie chyba dlatego, że mając dzieci, miałabym obowiązki i zobowiązania, przy których nie mogłabym sobie pozwolić na kolejne studia.

Jako matka nie wyjechałabym nigdzie bez dzieci na dłużej niż tydzień, nie zdarzyło mi się być dłużej poza domem niż 4 dni. Przede wszystkim dlatego, że nie miałabym z kim dzieci zostawić, nie chciałabym ryzykować, przy dzieciach ciągle brakuje funduszy, no i oczywiście aspekt tęsknoty wydaje mi się nie do przeskoczenia. Czuję się też za dzieci odpowiedzialna. Nie chcę kwestią opieki nad nimi obciążać dziadków, czy innych krewnych.

Jasne, dzieci nie powinny nas wstrzymywać przed niczym. Ludzie, którzy podróżują zawsze powtarzają, że z dzieckiem można pojechać wszędzie. Dotychczasową podróżą mojego życia była wycieczka po Stanach, na której poznałam męża. 14 dni od Los Angeles, przez Wielki Kanion i Las Vegas. Nie widzę na tej wycieczce dzieci. Z dziećmi to można z tych rozrywek ewentualnie zobaczyć Disney. A i to muszą być w odpowiednim wieku, żeby choć zapamiętały coś z atrakcji, za które zapłacimy miliony dolców.

Kolejną świetną podróżą był Meksyk. Również nie dla małych dzieci. Teraz marzy mi się Tajlandia, ale nie mam zamiaru ryzykować np. ciężkim zatruciem, aby to marzenie zrealizować. Muszę jednak poczekać co najmniej parę lat. Możliwe, że się nie doczekam, bo dzieci to przecież studnia bez dna. Trzeba było marzenie zjedzenia pad thai z łódki zrealizować wcześniej!

Nie wiem w sumie też o jakich imprezach mówią ci, którzy najpierw chcą odchować dzieci? W większości modnych klubów w okolicach czterdziestki czuliby się niestosownie, o ile ktoś w ogóle by ich tam wpuścił. No chyba, że marzy im się imprezowanie ramię w ramię z nastoletnim synem lub córką. Bo na grilla u znajomych to można też pójść z dziećmi, nawet nieodchowanymi.

Wiem, że to ja tak myślę, ale patrząc na innych rodziców, ten pogląd jest chyba większości bliski. Wyszaleć to się trzeba przed dziećmi, bo potem zawsze już będziesz sercem przy nich. Do końca. I zawsze już, do ostatniego oddechu, będziesz głównie mamą i tatą. A co za tym idzie, odpowiedzialnym rodzicem. Nie, nie zgredem. Jestem w rewelacyjnym wieku, kiedy nic już nie muszę, a wiele mogę. Nadal lubię wyjść, mam masę planów, zwariowane pomysły i nie czuję się tylko nudną matką, ale wiem, że na niektóre rzeczy już prawdopodobnie nigdy sobie nie pozwolę.

Dzieci w sumie nie powinny nam nic zabierać, ale jak pomyślę, że mogłabym w wieku 19 lat urodzić trojaczki, słabo mi. To, że pewnie uważałabym to za karę, to jedno, a to, że wtedy zupełnie i psychicznie i fizycznie bym sobie z tym nie poradziła, to drugie.

Kluczowym problemem w mojej osobistej sytuacji jest to, że ja dosyć późno dojrzałam. Dopiero w okolicach 30-ki poukładało mi się w głowie. Był to długi proces, na który złożyły się podróże, poznanie różnych kultur, kilka związków, w tym ten jeden, w życiu najważniejszy, kariera i wiek. Mogłam do woli skupiać się na sobie, aby teraz móc dawać swoim dzieciom to, czego ode mnie potrzebują, a nie błądzić i próbować odnaleźć siebie. Nie żałuję, że czegoś nie zrobiłam, nie przeżyłam, nie odkładam na zaś. Ten proces był świadomy i kiedy byłam gotowa, nawet huragan, którym jest teraz moje życie, przyjmuję ze spokojem.

Istotna jest też dla mnie kwestia związku. W przypadku wielu miłości, które zaczynają się w szkole średniej jest tak, że nie trwają zbyt długo. Związek zwykle nie przeżywa naszego dorastania, próby czasu i zmieniających się oczekiwań w stosunku do partnera. Cieszę się, że mogłam męża sobie wybrać, a nie być z kimś dlatego, że połączyło nas dziecko. A potem, ze względu na to dziecko, z konieczności trwać w tej relacji. Nadal znam i widuję masę takich właśnie par. Dwoje ludzi, którzy są tylko rodzicami, często nienawidząc i traktując drugiego jak bezużyteczny, stary mebel, do którego są jednak tak przyzwyczajeni, że aż szkoda wyrzucić. Średni to przykład dla dzieci.

Wykształcenie też wydaje mi się, że jest spychane na jakiś dalszy tor. Robi się tyle, ile się musi, żeby skończyć, żeby mieć jakiś zawód i móc iść do pracy, zarobić na rodzinę. Wątpię, aby wielu bardzo młodych rodziców miało czas i fundusze na kontynuowanie swojej naukowej kariery. A ci, którzy dopinają swego, zwykle mają nieprzeciętne samozaparcie.

Jedynym plusem wczesnego rodzicielstwa wydaje mi się szybsze usamodzielnienie. To nadal problem w Polsce. Wielu młodych rodziców, ze względu na brak środków, staje się problemem dziadków. Ja chciałabym tą sytuację ominąć. Nie wyobrażam sobie bycia zmuszoną do wychowywania wnuków. Jasne, pomogę ile dam radę, ale nie na siłę i za wszelką cenę. Nie chciałabym też sama mieszkać ze swoją rodziną kątem u rodziców lub teściów. Dla mnie to bardzo ciężka próba dla związku i możliwe komplikacje rodzinne, wyrzuty w wtrącanie się do nie swoich spraw.

Kontakt z dziećmi może i jest trochę inny. Młodzi rodzice zawsze podkreślają, że jest łatwiej, kiedy różnica wieku między dziećmi, a rodzicami, jest mniejsza. I ten argument mnie nie przekonuje. Nie będę przyjaciółką moich dzieci, to mój świadomy wybór. Będę partnerką, ale nie będę traktować moich dzieci jak przyjaciół, obciążać ich moimi problemami, zwierzać się z przeżyć w związku z ich ojcem. Rodzic to rodzic, dla mnie musi być jakaś granica, która wcale jednak nie oznacza, że nie będziemy bardzo blisko. I w tym wiek pomaga. Spokój, życiowa stabilizacja, dojrzałość, to cechy, które mam jako „starsza” matka.

Jestem pewna, że jest masa ludzi, którzy marzyli o posiadaniu rodziny wcześnie i teraz rewelacyjnie się w tym odnajdują. To zupełnie inna sytuacja, kluczowy jest dla mnie proces planowania i świadomego decydowania się na to. Zapewne jest też wielu takich, dla których mimo, że z zaskoczenia, wczesna ciąża była najlepszym, co mogło im się przydarzyć. Chętnie poznam te historie.

W moim wypadku te 32 lata to był idealny wiek na dziecko. A Twój?

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl