calareszta.pl

Cholernie trudno znaleźć autorytet. Właściwie większość życia nie mam jednego, konkretnego autorytetu, kogoś, kogo chcę zawsze naśladować. Po bliższym poznaniu każdy okazuje się po prostu człowiekiem, który bardzo różnie reaguje na trudne życiowe sytuacje. Czasami zupełnie nie tak, jak mnie jest po drodze.

Ciężko jest mi się identyfikować z osobami publicznymi, wiem bardzo dobrze, że ich wypowiedzi, zaangażowanie w dane projekty, nawet sposób bycia i mówienia, to często bardzo dobrze przemyślana strategia marketingowa, zaprogramowana tak, aby sprzedać, osiągnąć sukces, zdobyć popularność. Trudno mi patrzeć z podziwem na osoby zmarłe, czasy bardzo się zmieniają, a punkt widzenia, jak wiadomo, zależy od punktu siedzenia. Możliwe, że w dzisiejszym świecie nie postępowałyby tak, jak kiedyś, może już się tak nie da.

W moim życiu są osoby, do których lgnę, z którymi chcę się spotkać i takie, które omijam szerokim łukiem. Omijam narzekaczy, osoby dla których zawsze ktoś jest czemuś w ich życiu winien. Nie lubię tych, dla których pieniądze i pozycja świadczą o człowieku. Nie przyjaźnię się z ludźmi, którzy nie potrafią dostrzec piękna w prostocie. Nie znoszę chamstwa. Ciągłego krytykowania. Brutalności.

Lubię tych, którzy umieją śmiać się z siebie, potrafią pozwolić sobie na spontaniczność, choć mają trójkę dzieci, kredyty i zmartwienia. Otaczam się ludźmi, którzy walczą ze sobą, z nielubianą pracą, z trudnym związkiem. Chcą więcej. To ludzie, którzy pozytywnie wpływają na moje życie. Potrafią zdobyć się na szczerość, konstruktywną krytykę, wcale nie jest tak, że tylko sobie słodzimy. To przede wszystkim ludzie, którzy dobrze mi życzą, choć nie przyklaskują wszystkiemu, co robię. Ponieważ szanuję ich opinię, słucham, rozmyślam nad ich postawą, nad tym co powiedzieli lub zrobili.

Kto jest dla mnie autorytetem? Ktoś, kogo warto naśladować. To ta koleżanka, która do synka zawsze mówi łagodnym tonem, choć w środku się gotuje. To kumpel, który wstaje nad ranem, żeby pobiegać, bo walczy z tuszą. To Babcia, która była całe życie dyrektorką szkoły i wychowała kilka pokoleń. Kiedy ktoś powie jej na ulicy, nad morzem, dzień dobry, nie przechodzi obojętnie, burcząc pod nosem “nie znam człowieka”, a zatrzymuje się i z uśmiechem prosi, aby się przypomnieć. Padają serdeczności, wraca pamięć. To była szefowa, która wszystkiego mnie nauczyła, wspierając na każdym kroku i stając po mojej stronie, nawet wtedy, kiedy popełniałam błędy. Ona wiedziała, że często to wody na które wypływam są zbyt głębokie. To w końcu mąż, który nawet kiedy to ja jestem winna sprzeczki, zagaduje i szuka kompromisu, choć pewnie ma ochotę udusić mnie gołymi rękami.

Osoby, które są dla mnie autorytetem łączy właściwie jedno.

DOBRO.

To nieuchwytna delikatność, szczerość uczuć, empatia, pozytywne nastawienie, cierpliwość. To coś, co chcę naśladować. To sugestie, rozmowa, wsparcie. Czasami chowanie swojej dumy, dla większego dobra. To w końcu zrozumienie, że nikt z nas nie jest doskonały i ma prawo do błędu, jak wszyscy.

Znam bardzo wielu rodziców, którzy zmuszają swoje dzieci do autorytetu. Szacunek dzieci próbują wymusić wzbudzaniem wiecznego poczucia winy, terroryzowaniem, zastraszaniem, obrażaniem, porównywaniem, niezadowoleniem ze wszystkich wyborów. Nie tędy droga niestety. Słabe jest dla mnie powiedzenie, że rodziców się szanuje, bo są rodzicami. Rodziców, którzy odcisnęli negatywne piętno na swoich dzieciach, fizycznie i/lub psychicznie torturowali, poniżali, też trzeba szanować? Tylko dlatego, że urodziło im się dziecko, które chowali, zamiast wychowywać? Szacunek dzieci, bo tak?

Autorytet to coś zupełnie innego niż posłuszeństwo. Autorytet się szanuje, a posłusznym można być z konieczności i ze strachu. Posłusznym można być rodzicowi, który szantażuje i straszy, ale z szacunkiem nie ma to nic wspólnego. Kiedy ktoś jest dla nas autorytetem (na przykład rodzic lub szef), chętniej robimy coś, czego od nas wymaga. Wierzymy w intencje.

Chciałabym, żeby moje dzieci mnie szanowały. Żebym choć w jednej dziedzinie była dla nich autorytetem. Żeby chciały moje dobre nawyki, czy zachowania, naśladować. Ta chęć naśladowania rodzi się z prozaicznych, codziennych czynności. To ja wybieram wodę do picia, to ja w restauracji jem sałatkę, to ja wstaję wcześniej, żeby iść pobiegać. To ja cały dzień mam wyłączony telewizor i szczególnie dbam o czas, jaki przed nim spędzam. To ja wybieram książkę, kiedy mam kilka minut. To ja celebruję rodzinny posiłek. To ja w końcu, jadąc samochodem, przepuszczam innych kierowców i dziękuję, kiedy to mnie ktoś ustąpi. To ja w domu nie mówię źle o innych, a z ojcem dzieci trzymam jeden front, wyjaśniając nieporozumienia “poza anteną”. To ja kłaniam się Pani w sklepie i dziękuję kurierowi. To ja zachwycam się pięknym widokiem, rosą na trawie i widokiem morza. To ja pozwalam sobie na łzy. To ja stoję w pierwszym rzędzie i biję brawo.

Ta chęć naśladowania, to nie tylko jakiś tam frazes. Nie, nie stałam się z dnia na dzień idealna, ale pracuję nad sobą jeszcze bardziej, bo patrzą na mnie dzieci, bo na szacunek dzieci muszę zapracować. Nie chcę, aby zapamiętały mnie jako tą od wrednego charakteru, wiecznie niezadowoloną, Panią Dulską. Chcę być dla nich przykładem. Chcę, aby były ze mnie dumne. Chcę, aby mnie odwiedzały nie dlatego, że muszą, że są mi coś winne, ale dlatego, że lubią ze mną być. Dlatego, że darzą mnie szacunkiem.

Czy ktokolwiek słyszał, aby dorosły człowiek powiedział “dziękuję moim rodzicom, którzy wiecznie porównywali mnie do całej klasy innych dzieci, ciągle nie byłem zbyt dobry, dziś wiem, że to najbardziej mnie motywowało do nauki i działania”. Albo “dziękuję rodzicom, którzy mnie bili, dzięki temu wybili mi z głowy nieposłuszeństwo. Mogłem się wtedy skupić na nauce i robieniu tego, czego się ode mnie oczekuje”. Albo “dziękuję moim rodzicom, którzy pokazali mi, że o miłość i uwagę muszę walczyć, najłatwiej jest to zdobyć będąc grzecznym, ułożonym i lepszym od innych dzieci”.

Kiedy tylko za bardzo się zapędzę, w ten dzień, kiedy wszystko idzie na nie i mam w stosunku do moich dzieci oczekiwania bycia rozumnymi dorosłymi, pytam siebie, czy chcę, żeby się mnie bały? Czy mają wypełniać moje polecenia, bo tak im każę?  A jak tylko się odwrócę, zrobią i tak to, co chcą? Czy mogę siłą je zmusić do tego, aby mnie słuchały? Czy można jednak inaczej?

Dobro powraca. W naszych dzieciach wielokrotnie. Możliwe, że jeśli tej dobroci będzie więcej, mamy szansę na zbudowanie autorytetu i szacunek dzieci, nie tylko ślepe posłuszeństwo.

Przeczytaj także:

Dodaj dziecku skrzydeł

To tylko dzieciak

Moje dziecko to lepszy człowiek ode mnie.

*Autorką ilustracji jest Paulina, która pomaga w kreowaniu wspomnień, zajmuje się portretem i ilustracją, głównie o tematyce dziecięcej i rodzinnej. Prywatnie mama dziewięciomiesięcznej Erin. Możecie ją znaleźć na Instagramie firmowym i prywatnym, lub na stronach tutaj i tutaj.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl