czym terroryzuje się rodziców

W naszych czasach to już nawet nie dożarta teściowa, wszystkowiedząca sąsiadka, czy ciocia dobra rada są największą zmorą rodziców. Rodzice wyszkolili się nieco w asertywności, a i tortury poszły do przodu. Teraz to Internet nas edukuje, blogerzy, autorzy poradników, kursów, rozmaici kołczowie życia w rodzinie wyciągają karzący paluch lub szkło powiększające. Stale wołają do nas nagłówki sugerujące jak mamy żyć, kochać, wychować, pracować. Te tematy tak strasznie męczą, że większość z nas ma ochotę krzyknąć, tak jak podczas tortur, DOŚĆ już tego! Czym terroryzuje się rodziców? 

Telewizja.

Ten temat jest wałkowany na wszystkie strony, przez wszystkich! Nawet bezdzietnych, którzy się oburzają, że dwulatek siedzi w knajpie przed iPadem! Widzą tylko wyrwany z kontekstu obrazek, nie przyjdzie im do głowy, że to może specjalna okazja, mama i tata rzadko mogą sobie pozwolić na wspólne wyjścia, dzisiejszy foch po prostu ich przerasta. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina! Moje dzieci oglądają bajki! Uuuuu. Profanacja? Tak. Telewizja to część naszego życia i moje dziecko nie umrze od kilku odcinków Świnki Peppy, podczas gdy ja, proszę Państwa, pójdę sobie spokojnie na przykład tam, gdzie nawet król chodzi piechotą (a już na pewno bez widowni). Lub zamknę się w pralni z kolejną stertą prania lub podgotuję kolację lub zjem kanapkę lub (tutaj wstaw pierwsze z listy miliona zadań). Albo zwyczajnie, usiądę na czterech literach i złapię oddech! Że też już nie wspomnę o dzieciach, które wstają w sobotę o 4:50. Oczywiście na pełnej petardzie, gotowe do zdobywania świata. A rodzic do późnego wieczora imprezował prał, sprzątał, gotował, składał, zbierał, płacił rachunki, pracował, po czym usnął wykończony, w pełnym opakowanku, z ręką pomiędzy szczebelkami małego łóżeczka. Dla wielu rodziców nawet kilka dodatkowych minut jest o poranku zbawieniem. My też mamy swoje bateryjki, które wymagają ładowania. Bajka czasami ratuje życie. A w przychodni? W poczekalni? Byłam wiele razy. Pięć godzin na izbie przyjęć, z czterolatką z dziurą w języku do zaszycia. Trauma dla wszystkich. Dobrze, że mamy ten telefon z Internetem pod ręką!

Błędy, które popełniają rodzice przy/z/w.

Dosłownie, kiedy widzę taki tytuł w książkach, na blogach, czy w gazetach (każdą jego tysiąc pierwsza wersję, bo okazuje się, że nawet podając dziecku marchewkę można popełnić błąd, błędy czyhają na rodziców na każdym kroku!) rodzi się we mnie instynkt mordercy. Mam ochotę znaleźć tą osobę, przystawić jej telefon z tym tekstem bardzo blisko oczu i krzyknąć SERIO????? Któż nie popełnia błędów, pani-doskonała-matko-idealnego-dziecka? Nasi rodzice popełniali błędy i jeśli nasze dzieci będą kiedyś rodzicami, też popełnią masę błędów! Dokładnie tak, jak każdy inny człowiek. Bycie rodzicem nie daje przepustki do nieomylności.

Kreatywne zabawy.

Tu akurat temat jest dość śliski. Niektóre pochwalam i są fajne. Ale, powiem to całkiem cicho, tak, żeby czasem nie usłyszał mnie żaden pogromca plastiku, moje dziecko lubi się bawić kupą. Dosłownie. Plastikowym odlewem kupy! Tą cudowną, edukacyjną zabawkę, moje dziecko kupiło sobie osobiście, za moje ciężko zarobione pieniądze, które dostało od wróżki zębuszki. Tak więc kupa to w moim domu jest nie tylko ulubione słowo, przezwisko, przekleństwo, ale i zabawka.

Kiedy kupa się chwilowo znudzi, moje dziecko kocha plastik. Najlepiej w oczojebliwym kolorze wściekłego różu. No i co zrobię, kiedy moje dziecko za nic ma skandynawskie biele i drewno? I jeszcze dodam, o zgrozo, wycofałam z domu wiele artystycznych gadżetów, na przykład w moim domu nie ma brokatu ani kleju. Brokat, kiedy jeszcze był w domu, był nawet w majtkach, a klej ciężko się spiera. Jakieś jeszcze pytania?

Ciuchy.

Irytuje mnie wiele reklam ciuchów dla dzieci. Owszem, czasami lubię moje dzieci „stroić”, kupować im piękne, drogie ciuchy świetnych polskich projektantów. Tak myślę, że na oko raz w miesiącu, kiedy idziemy gdzieś z wizytą, od wielkiego dzwonu. Hello, bluzeczki po dwie stówki? Czy ktoś widział jak dziecko wygląda pod wieczór? No bo  moje na przykład wygląda mniej więcej tak:

IMG_3767

Na ubraniu są plamy z jedzenia, z farbek, smugi ziemi, trawy i brudnych rąk. Na twarzy jest lepkie i triumfalnie wygłasza, że do włosów mu się coś przylepiło. Tak więc w szafie mojego dziecka królują ciuchy, które można sponiewierać. Bywa też, że moje dziecko chodzi bez butów. Ostatnio nawet nie zauważyłam, że córka spędziła trzygodzinną wycieczkę po planetarium na bosaka. Ups. Patologia.

Telefon.

Przestańmy w końcu demonizować telefon. Kumam, że przyklejenie do komóry w towarzystwie dzieci jest dla postronnych obserwatorów okropnie traumatycznym przeżyciem, skłaniającym tychże do gorączkowego poszukiwania numeru do MOPS-u. Bo przecież rodzic przy dziecku ma nie oddychać, żyć, myśleć czy zajmować się czymkolwiek innym, jak spełnianiem zachcianek maluszka. Rodzic ma być jak ten radar! Jak polskie radio! Jak spowiednik! Jak cień! Ma umieć zamieniać się w słuch, prowadzić pasjonującą dyskusję dopasowaną do wieku potomka, dbać o rozwój jego talentów, nawet tych ukrytych i wyczuwać najmniejsze nawet powiewy zbliżającej się zmiany nastroju, ignorując przy tym pozostałe aspekty życia typu reszta rodziny, praca czy obowiązki. O rozrywce, o zgrozo, nie wspominając!

Yyyy, nie. Jeśli próbuję się gdzieś dodzwonić cały dzień i ta (zwykle) instytucja akurat oddzwania, kiedy za rękę trzymam dziecko, nie uważam, że stanie mu się jakaś krzywda, jeśli ja ten telefon odbiorę. Moje dziecko nie jest pępkiem świata i ziemia nie kręci się wokół niego.

Poza tym, coraz więcej osób PRACUJE w Internecie (nie mogłam się powstrzymać, uwielbiam ten zlepek słów) lub zdalnie i gapiąc się w komórkę może akurat być w trakcie wymiany maili z ważnym klientem, z szefem lub czytać nowy kontrakt czy zlecenie, które właśnie wylądowało w skrzynce. Wiele osób pracuje w zespole, który czeka na ich wkład we wspólny wysiłek. Smartfon w ręce wcale nie oznacza oglądania śmiesznych filmików. Rachunki i kredyty niestety same się nie płacą tylko z racji tego, że zostaliśmy rodzicami. 

W końcu, rodzic to też człowiek, który potrzebuje rozrywki, kontaktu z innymi dorosłymi i minuty czasu dla siebie. Siedząc na placu zabaw, nie musi nieruchomo jak mumia wpatrywać się w dziecko. Chillax people.

Samochód.

Wyczytałam ostatnio, że dziecka NIGDY, pod absolutnie żadnym pozorem, nie wolno zostawiać w aucie. No więc, znowu zgłaszam się do chłosty. Kiedy tankuję samochód, po czym wchodzę 10 metrów na stację, żeby zapłacić za paliwo, cały czas widzę zamknięte auto, w którym z lekko uchylonymi oknami zostawiam dzieci, robimy do siebie głupie miny, machamy i wysyłamy całuski. Nie ma takiej SIŁY, żebym na ten ułamek sekundy odpinała wszystkich z fotelików i wlekła ze sobą! Nie ogarniam umysłem co by się mogło wydarzyć tragicznego w ciągu tego absurdalnie krótkiego czasu? Ktoś podejdzie do mojego samochodu i wybije szybę? Podjedzie lawetą i załaduje na nią moje auto? W jeszcze inny kosmiczny, niedorzeczny i odjechany, wcale nie głośny sposób, będzie na moich oczach próbował porwać moje dzieci? Moje dziecko się zakrztusi swoją własną śliną? Wyparuje? Wiem, że jestem może leniwa i skrajnie nieodpowiedzialna, ale po prostu w moim życiu nie ma w tym momencie miejsca na analizowanie nieistniejących zagrożeń. Jestem matką! Mam milion obowiązków.

Żarcie.

Tak, to jest dopiero temat na niejedną epopeję. Napiszę tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, to się nie bez powodu nazywa HAPPY meal. No dobra, żartowałam, fast food to rzeczywiście syf, ale, ale – też od czasu do czasu dla ludzi. I jak widzisz dziecko zajadające Maka, może to być akurat właśnie ten dzień, kiedy w drodze rodzicom właśnie tam najłatwiej było się zatrzymać na postój. Na przykład. Po drugie, dzieciństwo bez cukru musi być strasznie smutne. Rozumiem umiar, zdrowe jedzenie, zbilansowaną dietę i aktywny tryb życia. Rozumiem alergie i zdrowotne ograniczenia. Ale nie kumam przesady i żywieniowego terroru. W szkole moich dzieci jest dziewczynka, której matka wyeliminowała cukier z diety. Bo tak. Nikt jeszcze nie umarł od frytki z Maka i kawałka czekolady. Tego się nie da przed dziećmi ukryć, przecież to część życia. Ważny jest umiar, a nie terror. Mam zawsze wrażenie, że te osoby jedzące na śniadanie jarmuż, na obiad szpinak, a na kolacje brokuły, nie używające alkoholu, tłuszczu, cukru, glutenu i nabiału, od czasu do czasu zamykają się w łazience z pizzą, litrem lodów i sześciopakiem piwa, po czym konsumują to po kryjomu, żeby nikt nie widział (i żeby im nie zabrał).

Czym terroryzuje się rodziców? Jaki wniosek? Brakiem zdrowego rozsądku i wymyślaniem coraz to nowych teorii mających nam ułatwić życie, które tak naprawdę nie są niczym innym jak wpędzaniem nas w poczucie winy. Z całą przyjemnością płynącą z tej deklaracji, mogę spokojnie oświadczyć, że mam te wszystkie teorie w nosie i kiedy je widzę to prycham ze zniecierpliwienia.

Phiii, może ciasteczko kochanie? Oczywiście tylko zbożowe, bezglutenowe i bez cukru. I tylko przed 16-tą. I tylko jedno. I tylko kiecki nie ubrudź, bo to Guczi. 🙂 

Zdjęcie: źródło.

Nieźle się napracowałam, żeby napisać dla Ciebie ten post, uff. Teraz czas na Ciebie, razem tworzymy to miejsce. Będzie mi miło, jeśli pozostaniemy w kontakcie. Jest kilka opcji:i

    • Zostaw proszę komentarz. Dla Ciebie to moment, a dla mnie istotna wskazówka.
    • Polub mój fanpage na Facebooku, dzięki temu będziesz na bieżąco.
    • Jeśli ten tekst trafia do Ciebie – podziel się nim ze znajomym.
    • Możesz śledzić mnie na Instagramie, gdzie oprócz fotek moich dzieciaków znajdziesz całą masę zdjęć żarcia i butów!
Written by calareszta.pl